New York Fashion Week - Mniej fochów, więcej mody

New York Fashion Week - Mniej fochów, więcej mody

Po kilkunastu godzinach pokazów oraz afterparty u Marca Jacobsa wróciłem do hotelu grubo po północy i zacząłem pisać. Niestety zasnąłem... Podobna karma spotkała mnie dnia następnego i tak w kółko.

Praca na fashion weeku w Nowym Jorku to daleko nie sączenie sponsorskich drinków w viproomach, kolekcjonowanie prezentów od projektantów oraz ploty na papierosce (jak to się robi zwykle na łódzkim tygodniu mody).

Na New York Fashion Week nie ma miejsca na szpany czy głupiutkie pozowanie pod ścianką prasową. Zabawę na afterach do rana, a potem odsypianie nocy do południa. Nie ma też nieodpowiednich ludzi, którzy jakże często u nas - nad Wisłą - zaburzają cały ten modowy performance płytkim prowincjonalizmem.

Dzień zaczyna się wcześnie - właściwie około 6 nad ranem jesteśmy na nogach. Lincoln Center - gdzie już od kilku sezonów odbywa się Nowojorski Tydzień Mody - wypełnia się backstage'ową świtą -  styliści, fryzjerzy, garderobiany i mnóstwo innych ludzi, którzy przygotowują pokazy od podszewki. Nie ma fochów, spóźnienia czy dyletanctwa. Tu pracują profesjonaliści. Z doświadczeniem. Przygotowani do najgorszych fors majeure'ów. Najlepsi w branży.

Na koniec przychodzą modelki. Najładniejsze dziewczyny świata, ofiary ostrej selekcji i męczących castingów. "Bardzo dobrze pamiętam swój pierwszy raz" - mówi Daphne Groenveld, modelka, którą zapewne kojarzycie z kampanii Versace dla H&M czy licznych okładek dla Vogue'a.

"Miałam jakieś 15 lat, czułam się zagubiona wśrod pięknych długonogich koleżanek, które wraz ze mną walczyły o udział w pokazie. To był jeden z najtrudniejszych dni w moim życiu".

Po godzinnych przymiarkach, makijażu, hairstyle'u i kilku(nastu) próbach zaczynamy dzień na fashion weeku... a raczej nieustający maraton pokazów od 9 do 21, który uwieńczy się nocnym afterem lub kieliszkiem dobrego wina w jakimś butiku na 5 Alei (osobiście preferowałem ostatnią opcję).

Goście przychodzą na czas. Nie ma mowy o spóźnieniu. Michael Kors czy Aleksander Wang nie czekał na snobistycznych redaktorek z Rosji (czy na innych spóźnialskich), które - czy to z przyzwyczajenia czy to z braku kultury osobistej - miały tendencję do przybywania na pokaz z lekkim 20-minutowym opóźnieniem. I jeśli u nas takie faux pas to rzecz niezwykle popularna, a - według niektórych -  nieodłączny element modowego savoir vivre'u, to za granicą takie zachowanie jest po prostu nie do pomyślenia.

Pokaz to nie bal przebierańców, potańcówa czy salonowa zdybanka aktorzyn. Przede wszystkim jest to biznesowe spotkanie najważniejszych osób z branży, którzy pod koniec fashionweekowego miesiąca (po Nowym Jorku jest jeszcze Londyn, Paryż i Mediolan) zadecydują co znajdzie się w sklepach na całym świecie, a które pozycje z wybiegu powinny wylądować w koszu. Tak kształtują się trendy i moda sezonu. Czysty biznes. Żadna tam magia.

Trzy minuty przed pokazem pojawia się ona. Kobieta, która trzęsie całym tym światkiem. Słowo Anny Wintour, redaktor naczelnej amerykańskiego Vogue'a, ma stokroć większą wagę, niż setki publikacji w magazynach. To ona potrafi wynieść projektanta na wyżyny modowego olimpu (kariera Marca Jacobsa czy Thakoona jest tego najlepszym przykładem) i utrzymać go tam tyle, ile będzie uważała za słuszne. To dla niej układany z półrocznym wyprzedzeniem garfik pokazów z łatwością przesuwają lub  podporządkowują do jej planu.

Anna zdaje się nie robić z tego nic specjalnego. Nie udziela wywiadów, niechętnie pozuje fotografom, ukrywa się przed natarczywymi paparazzi za plecami barczystych czarnoskórych ochraniarzy. Nie baluje na nocnych afterach (choć pojawia się tam na chwilę) i nie pisze codziennej relacji na bloga. Zrana - jak przyznaje - ma zawsze czas na partyjkę tenisa oraz kawę (oczywiście Starbucks).

Nowy Jork to kwintesencja stylu, elegancji oraz wygody. Najlepiej to widać na przykładzie gości pokazów, którzy nie zastanawiają się zbyt długo nad swoim outfitem.

Po części dobrze - nie ma modowych zboczeńców, zafoliowanych ciotek czy młodzieży w trampkach i T-shircie. Ten ostatni look staje się w polskim feszyn bardzo popularny. Ciekawie, czy  nowa generacja modowych redaktorów konsekwentnie myli pokaz z lekcją w liceum?

Z drugiej strony - brakowało trochę szału rodem z ulic swingującego Londynu. Za oceanem ludzie mają zbyt wąski modowy światopogląd, z czego wynika, że eksperymenty w tej dziedzinie są bardzo zachowawcze. Mężczyźni najczęściej są wierni graniturom (co nie oznacza rzecz jasna, że marynarki są passe). Look dopełniają kolorowymi skarpetkami i sportowymi gadżetami (np. sneakersy w kolorze moro).

Kobiety z kolei preferują sukienki typu "cocktail dress", w których wygodnie mogą spacerować po nowojorskich ulicach, przemieszczając się z pokazu na pokaz.

Jak już mówimy o wygodzie, to i na wybiegu to słowo nie jest obce. Nowy Jork nie ma tradycji couture. Nie jest to ojczyzna wielkich wizjonerów. Nawet moda - uznawana za dziedzinę sztuki w Europie - za oceanem to nic innego jak biznes. Branża - jak to każda - musi na siebie zarabiać. W Stanach wiedzą najlepiej, jak to się robi.

Nie znajdziemy tu dziwacznych szmat, które ani formą ani wyglądem nie przypominają ubrania. Za niepoprasowane ścierki czy niedbale przerobione T'shirty a la H&M nikt tu i łamanego grosza nie da (a w Polsce za takie coś płacimy wielkie pieniądze. Przecież to grunge). Liczy się pomysł, nowatorstwo i wspomniana już wygoda.

Ubranie od designerów o krok wyprzedza sieciówkę. Prezentuje jakościowe pozycje, które zainteresują masowego odbiorcę, a nie modowych fanatyków.

Jak wypadły pokazy najlepszych amerykańskich projektantów? Nutka sezonu i trendy na wiosnę i lato 2013 roku prosto zza kulis New York Fashion Week. Recenzje kolekcji znajdziecie na Styl.fm!

Eustachy Bielecki