Anna Dymna to dziś niekwestionowany symbol ciepła i prezeska Fundacji "Mimo Wszystko", ale jej historia skrywa mroczny rozdział, o którym mało kto pamięta. Aktorka w poruszającej rozmowie z Radio RDC wróciła do momentu, gdy jej życie dosłownie zawisło na włosku. Brutalny wypadek, utrata pamięci i ból, który określiła mianem "piekła", na zawsze odmieniły jej los. Te wstrząsające wyznania rzucają zupełnie nowe światło na uśmiechniętą gwiazdę, którą znamy dzisiaj.
Lekarze nie dawali jej szans. "Wariatka z Polski" nie wiedziała, kim jest
Rok 1979 miał być kolejnym pasmem sukcesów zawodowych. Anna Dymna przebywała na Węgrzech, pracując na planie filmu "Węgierska rapsodia" u słynnego reżysera, którym był Miklós Jancsó. Wystarczył jednak ułamek sekundy, by plan zdjęciowy zamienił się w miejsce tragedii. Wypadek aktorki na Węgrzech był tak potężny, że gwiazda trafiła do szpitala w stanie krytycznym.
Najbardziej przerażający był jednak stan jej umysłu. Uderzenie wymazało z jej głowy wszystko – nie wiedziała, jak się nazywa, skąd pochodzi, ani co się stało. Leżąc na obcej ziemi, otoczona niezrozumiałym językiem, czuła jedynie paraliżujący strach.
Straszny miałam wypadek. Umierałam i leżałam na Węgrzech w szpitalu. Nic nie rozumiałam. Myślałam, że to piekło. Straciłam pamięć. Nie wiedziałam, kim jestem ani nic. Później mi opowiadali, że byłam "jakąś wariatką, jakąś aktorką z Polski".

Rury wystające z ciała i walka o oddech. "To ona umiera"
Opis obrażeń, jakimi podzieliła się gwiazda, brzmi jak scenariusz horroru. Anna Dymna zdrowie odzyskiwała w koszmarnych warunkach. Miała przebite płuco, odmę i liczne złamania. Każdy oddech był walką.
Personel medyczny dwoił się i troił, by poskładać jej zmasakrowane ciało. W chaosie ratowania życia, aktorka rejestrowała jedynie strzępki rozmów, które potęgowały grozę sytuacji.
To ona umiera, tu jej palec szyją, tu coś, tu ma połamane, tu ma pół żebra w płucach. Jakieś straszne rzeczy miałam — odmy, rury ze mnie wystawały.
Mimo że jej ciało przypominało obraz nędzy i rozpaczy – z rurami wystającymi z klatki piersiowej – Anna Dymna doświadczyła czegoś metafizycznego. Pielęgniarki były zszokowane, widząc, że pacjentka w takim stanie, zamiast krzyczeć, uśmiecha się do światła wpadającego przez okno.
Oni mówili, że się cieszę, że patrzę z radością, a ja pamiętam, że widziałam to słońce. I to uczucie radości, choć zaraz potem traciłam przytomność.
Śmierć męża i pożar to był dopiero początek. Ten wypadek uratował jej duszę
Paradoksalnie, to właśnie ten koszmar na węgierskiej drodze okazał się dla niej wybawieniem. Aktorka była wówczas na dnie psychicznej wytrzymałości. Los jej nie oszczędzał – najpierw straciła dach nad głową w pożarze, a chwilę później dotknęła ją Wiesław Dymny śmierć. Gwiazda sama znalazła ciało ukochanego męża, co wpędziło ją w głęboką rozpacz.
Ból fizyczny i bliskość ostateczności na szpitalnym łóżku sprawiły, że przewartościowała wszystko. Zrozumiała, że nie ma prawa marnować życia na cierpienie, skoro cudem je odzyskała. To właśnie tam narodziła się siła, która dziś napędza **Fundację Mimo Wszystko**.
Zrozumiałam, że człowiek powinien się cieszyć każdą chwilą i że życie jest największą wartością, a to wtedy był taki czas, że spaliło mi się mieszkanie, umarł Dymny — znalazłam go nieżywego. Ten wypadek mnie uratował, bo ja nagle wtedy się zorientowałam, że masz obowiązek być szczęśliwa i masz obowiązek żyć. Ja się tak cieszyłam tym życiem.