W Polsce wciąż jeszcze uczymy się kultury "celebrities". Umiejętnie kopiujemy zamorskie trendy. Nieustannie ściągamy do nas zagraniczne tendencje. Korzystamy ze sprawdzonych marketingowych modeli, robiąc z naszej polskiej, czasem niedolężnej, popkultury niuedany plagiat amerykańskiej. Coś się udaje lepiej, a coś gorzej.
Z pewnością najlepiej wychodzi nam udawanie. Udawanie wielkiego świata. Z tym, że taka pokazucha nad Wisłą wygląda tanio. A czasem komicznie.
Bywalcy nienajwyższych lotów
Bycie gwiazdą nie jest zawodem z łatwych. I choć w naszym świecie panuje przeświadczenie, że celebryci (z ang. celebrity sława, znakomitość) są częścią jakiejś elitarnej grupy, tak wcale nie jest. Mając pewne doświadczenie w rozmowie z gwiazdami, zauważyłem, że prawie każda z nich narzeka. Brak czasu, sesje, przymiarki, udział w telewizyjnych projektach, a do tego cotygodniowe dyżury na salonach. Niejeden się załamał od takiego ogromu pracy.

Tak zapracowanych celebrytów nie mamy jednak aż tak dużo. Większość - to dyżurni salonowi bywalcy. Drogorzędne gwiazdki serialów i telewizyjnych konkursów, które dzięki sporadycznemu pojawianiu się w telewizji (najczęściej w roli maskotki), wywalczyły swoje miejsce na czerwonym dywanie.
I nawet jeśli ich obecność na dużym ekranie jest bardzo nieregularna (czyt. kilka razy do roku), to na salonach właśnie oni działają najaktywniej.
Gwiazdy, gwiazdki i gwiazdorzynki przychodzą tam ze względów sucho autopromocyjnych. Pokręcą się przed fotoreporterami na tle ścianki prasowej. Zaliczą celowo kilka wpadek, by trafić na poczytne serwisy plotkarskie. Wypiją parę drinków. I wrócą do domu.
Takie bywanie pomaga im utrzymać swoje pozycje w niesprawiedliwym świecie polskich celebrities. Pojawienie się na Pudelku, zapewnia im w pewnym sensie przetrwanie.
Salonowcy mniejszego kalibru
Polansować się pod światłem reflektorów chcą jednak nie tylko gwiazdy z showbiznesowego Olimpu. W tym cyrku istnieje osobna kasta salonowców. Nieznani dziennikarze, przedstawiciele niszowych firm PR-wych, projektanci niższego kalibru.

Dla nich pojawianie się na showbiznesowych balangach to stały element ich egzystencji. Obszar ich zainteresowań, rodzaj uprawianego przez nich elitarnego sportu, czasami sposób na odżywianie się (warszawskie bankiety jak wiadomo nie należą do tanich).
Cotygodniowe bywanie nawet na 3-5 imprezach może być bardzo męczące. Z drugiej strony przynosi ogromną satysfakcję. Zawsze można trafić w kadr paparazzi i wylądować na poczytnych portalach plotkarskich. Dla bardziej ambitnych – kadr w Telewizji Porankowej.
Najchętniej odwiedzane są, rzecz jasna, imprezy z open barem i bankietem. Czy to znajomość z selekcjonerem na bramce czy to wielkie samozaparcie pomaga im okazywać się na vipowskich pozycjach... nie wiem. Jedno jest pewne, salonowcy przychodzą na imprezę wyłącznie dla lansu. Dla sławy, do której tak zaparcie i komicznie dążą.
Smaczny catering i open bar już od dawna stały się niezamiennym elementem każdej imprezy z gwiazdorską obsadą. Kogo interesuje temat i samo wydarzenie, gdy jest martini, koszyczek z łososiem i żądni sensacji natrętni fotoreporterzy?
Eustachy Bielecki