Norbi — człowiek, którego cała Polska kojarzy z nieschodzącym z twarzy uśmiechem i hitem „Kobiety są gorące”, przez lata skrywał mroczną tajemnicę. Podczas gdy na scenie tryskał energią, po koncertach staczał się w otchłań nałogu, który kosztował go fortunę. Potrafił przegrać 600 tysięcy złotych w zaledwie kilka miesięcy. Dopiero gdy stanął nad finansową przepaścią, usłyszał słowa, które uratowały mu życie.
Norbi przez lata prowadził podwójne życie. W kasynach zostawił niewyobrażalne kwoty
Gdy w latach 90. cała Polska nuciła "Kobiety są gorące", Norbert Dudziuk, znany szerzej jako Norbi, pławił się w blasku sławy. Jednak za kulisami estradowego życia rozgrywał się dramat, o którym fani nie mieli pojęcia. Artysta przez 17 lat prowadził niebezpieczną grę z losem, w której stawką nie były tylko pieniądze, ale całe jego życie. To, co zaczęło się jako niewinna rozrywka bogatego gwiazdora, szybko zamieniło się w finansową czarną dziurę.
Przekleństwem artysty okazał się „ciągły dostęp do gotówki”. Mechanizm był prosty i bezlitosny: zarobione na koncertach pieniądze natychmiast trafiały na stoły do ruletki. Iluzja kontroli była jednak tylko ułudą.
Uzależniłem się od niego na siedemnaście lat. I przez ten czas świetnie się w nim bawiłem. Trochę gorzej było, jak przegrywałem. Ale zaraz dochodziłem do wniosku: "I co z tego? Zarobię na koncertach, odbiję się i znów kasyno".
Skala problemu była porażająca, a dysproporcje w życiu muzyka — wręcz absurdalne. Podczas gdy jego koledzy z branży inwestowali w luksusowe wille i rozbijali się limuzynami za 300 tysięcy złotych, król polskiego dance'u jeździł autem za 40 tysięcy i gnieździł się w 32-metrowej kawalerce w Warszawie. Dlaczego? Bo resztę jego majątku pożarła ruletka. Kwoty, które zostawiał przy zielonym stoliku, dla zwykłego śmiertelnika są po prostu abstrakcją.
150 tysięcy złotych. Tyle potrafiłem stracić jednego dnia. Powiedzmy, przegrywałem na początku 5 tysięcy złotych. "Wciąż możesz tyle samo wygrać" — powtarzałem sobie i nie przestawałem obstawiać pól w ruletce. Kolejna próba i bogaciłem się o 8 tysięcy.
Najgorsze miało jednak dopiero nadejść wraz ze sprzedażą jego ukochanego domu. To był moment, w którym problemy finansowe gwiazd nabrały w jego przypadku dramatycznego wymiaru. Piosenkarz sprzedał apartament o powierzchni 185 metrów kwadratowych w Olsztynie. Zyskiem nacieszył się jednak krótko. Choć 200 tysięcy przeznaczył rozsądnie na spłatę hipoteki, pozostałe 600 tysięcy złotych przegrał w zaledwie kilka miesięcy. To był bolesny upadek z wysokiego konia.

„Albo ja, albo hazard”. Jedno zdanie żony zmieniło wszystko
Wydawało się, że dla muzyka nie ma już ratunku, a kasyno stanie się jego drugim domem aż do całkowitego bankructwa. Jednak w najczarniejszym momencie pojawiło się światełko w tunelu. Ukochana żona artysty, widząc, jak nałóg niszczy ich życie i przyszłość, zdecydowała się na krok ostateczny. Nie było miejsca na negocjacje czy kolejne puste obietnice.
Albo ja, albo hazard
To krótkie, ale potężne ultimatum wstrząsnęło gwiazdorem bardziej niż jakakolwiek przegrana. Wygrała miłość, ale droga do normalności nie była usłana różami.
Rozpoczęła się tytaniczna walka o powrót do rzeczywistości. Norbi zrozumiał, że sam nie poradzi sobie z demonami, które karmił przez blisko dwie dekady. Konieczna była profesjonalna terapia uzależnień, która wymagała od niego ogromnej dyscypliny, pokory i czasu. To nie był weekendowy kurs, ale ciężka praca nad samym sobą.
Pomogła mi także dwuletnia terapia, na którą chodziłem kilka razy w tygodniu
Dziś Norbert Dudziuk jest zupełnie innym człowiekiem, choć pokusy czyhają na każdym kroku. Najlepszym dowodem na jego ostateczne zwycięstwo jest anegdota z niedawnego wyjazdu do Holandii. Stojąc w miasteczku outletowym przed wielkim neonem kasyna, miał wybór: wejść i zagrać, czy iść dalej. Wybrał to drugie. Zamiast tracić tysiące przy ruletce, kupił sobie frytki. Ten zapach frytek smakował lepiej niż jakakolwiek wygrana na czarnym polu — był smakiem wolności.