To miał być czas radosnych powrotów, ale tegoroczne święta spowije smutek. Gdy miliony ludzi na całym świecie stoją w grudniowych korkach, słuchając z radia charakterystycznego, chropowatego głosu, media obiegła druzgocąca wiadomość. Chris Rea, legendarny brytyjski muzyk i autor ponadczasowego hymnu powrotów do domu, nie żyje. Artysta zmarł w wieku 74 lat, a informację o jego odejściu potwierdziła stacja BBC.
Chris Rea nie żyje. Rodzina wydała oświadczenie
Świat muzyki pogrążył się w żałobie w samym środku przedświątecznej gorączki. To tragiczny paradoks, że człowiek, którego twórczość stanowi nieodłączny element wigilijnych podróży, odszedł tuż przed Bożym Narodzeniem. Chris Rea zmarł 22 grudnia 2025 roku. Ta data już na zawsze stanie się tragiczną klamrą dla jego największego przeboju.
Z ogromnym smutkiem informujemy o śmierci naszego ukochanego Chrisa. Odszedł spokojnie w szpitalu po krótkiej chorobie, w otoczeniu rodziny
– przekazał rzecznik rodziny w poruszającym oświadczeniu.
W tych ostatnich chwilach przy szpitalnym łóżku w Wielkiej Brytanii towarzyszyły mu najważniejsze kobiety jego życia – żona Joan Lesley oraz córki, Josephine i Julia. Chris Rea miał 74 lata. Urodzony w Middlesbrough artysta miał niezwykle barwne pochodzenie – w jego żyłach płynęła mieszanka krwi włoskiej i irlandzkiej, co słychać było w południowym temperamencie jego gitarowych solówek.

Czytaj także: Mika Urbaniak pożegnała ojca w sposób, który rozdziera serce najbardziej twardych fanów
Walka z chorobą i "uśmiech losu"
Choć na scenie Chris Rea emanował spokojem, jego życie prywatne było naznaczone dramatyczną walką o zdrowie. Prawdziwy koszmar zaczął się w 2000 roku, gdy zdiagnozowano u niego raka trzustki. Muzyk przeszedł skomplikowaną, ratującą życie operację usunięcia trzustki, dwunastnicy, pęcherzyka żółciowego oraz części żołądka.
Cena za przeżycie była ogromna. Chris Rea stał się diabetykiem, musiał przyjmować kilkadziesiąt tabletek dziennie i robić sobie zastrzyki, by funkcjonować. Mimo to nie zrezygnował z pasji. Los jednak nie oszczędzał autora "The Road to Hell". W 2016 roku przeszedł udar mózgu, który groził trwałym uszkodzeniem zdolności poruszania palcami, co dla gitarzysty brzmiało jak wyrok. Rok później, w 2017 roku, fani zamarli, gdy Chris Rea zasłabł na scenie podczas koncertu w Oksfordzie. Do samego końca starał się jednak żyć muzyką.

Historia "Driving Home for Christmas". To nie miał być hit
Dziś trudno wyobrazić sobie grudzień bez "Driving Home for Christmas", ale mało kto wie, że ten utwór powstał z biedy i frustracji w 1978 roku. Wytwórnia odmówiła zakupu biletu kolejowego dla młodego artysty, więc jego żona, Joan, musiała przyjechać po niego starym Mini, by zabrać go z Londynu do rodzinnego Middlesbrough.
Ciągle tkwiliśmy w korkach. Patrzyłem na innych ludzi w samochodach - wszyscy wyglądali na strasznie nieszczęśliwych. Żartem zacząłem podśpiewywać: 'We're driving home for Christmas…'. A gdy światła uliczne wpadały do wnętrza auta, zapisywałem kolejne wersy
– wspominał po latach Chris Rea.
Piosenka przez lata leżała w szufladzie, bo Chris Rea nie chciał jej wydawać. Dziś to absolutny klasyk, który łączy pokolenia – w grudniu 2025 roku utwór ponownie udowodnił swoją siłę, docierając do 30. miejsca na świątecznej liście przebojów.
Legenda gitary i bluesa. Nie tylko święta
Niesprawiedliwością byłoby pamiętać go tylko przez pryzmat jednej piosenki. Chris Rea to ikona brytyjskiego blues-rocka i wirtuoz gitary slide, który sprzedał ponad 40 milionów płyt. Jego albumy, takie jak "The Road to Hell" czy "Auberge", zdobywały szczyty list przebojów. Był człowiekiem wielu talentów – w 1995 roku pracował nawet jako mechanik pit-stopów w zespole Formuły 1 Jordan, dając upust swojej miłości do motoryzacji.
Polscy fani mają szczególny powód, by o nim pamiętać. W 1981 roku Chris Rea napisał utwór "I Will Light a Candle for You", który był bezpośrednio zainspirowany wprowadzeniem stanu wojennego w Polsce. Do jego największych hitów należą też ponadczasowe "Josephine" (dedykowane córce) oraz melancholijne "On the Beach". Choć Chris Rea zakończył swoją podróż, jego głos już na zawsze pozostanie pasażerem w naszych samochodach podczas każdych kolejnych świąt.