To wiadomość, która łamie serca nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. 20 grudnia 2025 roku dotarła do nas tragiczna informacja – Michał Urbaniak nie żyje. Wirtuoz, który udowodnił, że chłopak z Łodzi może grać jak równy z równym z bogami jazzu w Nowym Jorku, zmarł w wieku 82 lat. Był obywatelem świata, dla którego granice – zarówno te na mapie, jak i te muzyczne – po prostu nie istniały. Odszedł, pozostawiając po sobie pustkę, której żadna solówka nie będzie w stanie wypełnić.
Michał Urbaniak nie żyje. Do końca nie tracił humoru
Smutną wiadomość przekazała wieczorem żona artysty, Dorota Urbaniak. W poruszającym wpisie w mediach społecznościowych pożegnała człowieka, który był definicją pasji.
Michał Urbaniak. Żył i czuł wielkimi nutami. Odszedł w wieku 82 lat
– napisała, a pod komunikatem podpisała się również córka i reszta rodziny.
Żył i czuł wielkimi nutami. Odszedł w wieku 82 lat. He lived and expressed himself through music. He passed away at the age of 82. With love Dorota Dosia Urbaniak
Ostatnie dni były dla muzyka dramatyczną walką. Artysta przeszedł zabieg kardiologiczny, po którym wystąpiły poważne komplikacje. Przez pięć dni znajdował się w śpiączce farmakologicznej, tocząc swój ostatni bój. Mimo trudów, Urbaniak do samego końca zachował swój legendarny dystans i błysk w oku. Jeszcze niedawno z typowym dla siebie, rozbrajającym humorem komentował zmiany w swoim głosie, szukając pozytywów nawet w chorobie.
Miałem wielką przygodę, bo przy niewielkim zabiegu kardiologicznym pojawiły się komplikacje, między innymi dlatego mam teraz głos jak Miles Davis. Byłem w śpiączce farmakologicznej przez pięć dni
Z Łodzi na Manhattan. Jedyny Polak, który grał z Milesem Davisem
Jego historia to gotowy scenariusz na film o amerykańskim śnie. W 1973 roku wyjechał do USA i zamiast zginąć w tłumie, szturmem podbił nowojorską scenę jazzową. Nie był tam ubogim krewnym zza żelaznej kurtyny, ale wizjonerem, który wnosił nową jakość. Grał z największymi: Herbie Hancockiem, Quincy Jonesem czy Wayne'em Shorterem.
Jednak absolutnym szczytem, o którym marzy każdy jazzman na świecie, była jego współpraca z Milesem Davisem. Urbaniak nie tylko z nim zagrał – on odcisnął swoje piętno na kultowej płycie "Tutu". To był moment, w którym polskie skrzypce zabrzmiały na Olimpie jazzu. W plebiscycie prestiżowego Down Beat jego nazwisko pojawiało się w pięciu kategoriach, co było dowodem na to, że w USA traktowano go jak swojego.
scena z: Michał Urbaniak, SK:, , fot. Piętka Mieszko/AKPA
Urbanator, hip-hop i rewolucja. Wyprzedzał epokę o lata świetlne
Urbaniak nigdy nie był "muzealnym" jazzmanem w garniturze. To był artysta, który czuł rytm ulicy. Gdy inni kręcili nosami na rodzący się hip-hop, on widział w nim przyszłość i świeżą energię. Projekt Urbanator, powstały w 1989 roku, był dla ortodoksyjnych fanów jazzu szokiem, a dla reszty świata – objawieniem.
Jako pierwszy połączył wirtuozerię fusion z surowym rapem, tworząc unikalny styl, który nazwał UrbJazz. Prowadził własną, niezależną wytwórnię UBX Records, co dawało mu pełną wolność twórczą. Nie bał się też łączyć jazzu z folklorem w suitach "Sketches of Poland". Urbaniak po prostu wyprzedzał swoją epokę, słysząc muzykę tam, gdzie inni słyszeli tylko hałas.
Życie pełne pasji. Miłość, Urszula Dudziak i "Mój rower"
Prywatnie był równie barwnym ptakiem. Przez lata tworzył ikoniczny duet – w życiu i na scenie – z Urszulą Dudziak. Ich relacja była fuzją dwóch potężnych talentów, która dała światu nie tylko świetną muzykę, ale i dwie córki: Katarzynę i Mikę. Choć ich drogi się rozeszły, pozostali najważniejszymi postaciami w historii polskiej muzyki rozrywkowej.
Urbaniak miał w sobie niesamowite pokłady ciepła i miłości, o czym mówił wprost, wspominając swoje żony – Urszulę, Lilianę Komorowską, Barbarę Trelę i tę ostatnią, Dorotę, która trwała przy nim do końca.
To jest ta sama miłość, co do pierwszej żony, Urszuli Dudziak i do drugiej, Lili. Tak samo się czuję. Jak akustyczny jazz, fusion, hippo i groove
Swoją charyzmę pokazał też na wielkim ekranie. W filmie "Mój rower" nie musiał niczego udawać – po prostu był sobą, za co słusznie nagrodzono go Orłem w kategorii odkrycie roku. Odszedł człowiek, który „nauczył skrzypce mówić” i pokazał nam, że w muzyce, tak jak w miłości, najważniejszy jest groove.