Chwile grozy na amerykańskiej uczelni. Córka Marcina Wrony, korespondenta "Faktów" TVN, znalazła się w śmiertelnym niebezpieczeństwie, gdy na kampusie ogłoszono alarm o uzbrojonym napastniku. Maria Wrona musiała barykadować się w sali wykładowej. Dziennikarz w sieci opublikował poruszający wpis i zdjęcie, które mówi więcej niż tysiąc słów.
"Nagły szlag chce mnie trafić". Dramatyczny apel dziennikarza TVN
Marcin Wrona, korespondent "Faktów" TVN w USA, przeżył chwile, których boi się każdy rodzic. Jego córka, Maria (Maja) Wrona, studentka Uniwersytetu Wirginii, znalazła się w samym środku alarmu o uzbrojonym napastniku. Dziennikarz, bezsilny i oddalony o tysiące kilometrów, podzielił się swoim strachem w mediach społecznościowych, publikując dramatyczny wpis.
Nagły szlag chce mnie trafić. Znowu atak na uczelni mojej córki. Maria siedzi z kolegami zabarykadowana w sali wykładowej. Do cholery, uczelnie i szkoły nie powinny być jak okopy przy linii frontu. Ameryka zwariowała. To zdjęcie córka wysłała mi przed chwilą
Do wpisu dziennikarz dołączył zdjęcie, które mrozi krew w żyłach. Widać na nim drzwi do sali wykładowej, zablokowane od wewnątrz stołami i krzesłami. To niemy obraz przerażenia studentów, którzy w ten sposób próbowali chronić się przed potencjalnym zagrożeniem.
Alarm, barykady i procedura "Uciekaj, ukryj się, walcz"
Dramat rozegrał się w poniedziałek 3 listopada 2025 roku, wieczorem polskiego czasu. Departament Bezpieczeństwa Uniwersytetu Wirginii ogłosił alarm po otrzymaniu informacji o uzbrojonym mężczyźnie widzianym w pobliżu uniwersyteckiej biblioteki. Władze uczelni natychmiast zaleciły studentom i pracownikom postępowanie zgodnie z zasadą "Uciekaj, ukryj się, walcz", która jest standardową procedurą w przypadku aktywnego strzelca w USA.
Na szczęście, po kilku godzinach pełnych napięcia, sytuacja została opanowana. Policja przeszukała kampus, jednak nie znalazła żadnych dowodów na obecność napastnika. Marcin Wrona przekazał informację o odwołaniu alarmu, dodając jednak gorzką refleksję na temat przeżyć córki.
Alarm odwołany. Ale tego co Maria (Maja) przeżyła nikomu nie życzę
Uniwersytet potwierdził, że był to fałszywy alarm, a dochodzenie w sprawie fałszywego zawiadomienia jest w toku. Mimo to, trauma studentów, w tym córki dziennikarza, jest jak najbardziej realna.

To nie pierwszy raz. Córka Wrony już raz przeżyła strzelaninę
Słowo "znowu" w dramatycznym wpisie dziennikarza TVN nie było przypadkowe. Dla jego córki poniedziałkowy alarm był powrotem do prawdziwego koszmaru, który rozegrał się na tej samej uczelni kilka lat wcześniej. Wtedy to nie był fałszywy alarm. Uzbrojony napastnik, były student, otworzył ogień, zabijając trzech kolegów i raniąc dwóch innych. Maria Wrona, wówczas 19-letnia, także musiała barykadować się w budynku, czekając na koniec krwawej jatki. Ta trauma tłumaczy panikę studentów i emocjonalną reakcję ojca – to nie był strach przed nieznanym, ale przed powtórką z horroru, który już raz stał się rzeczywistością.
"Ameryka zwariowała". W sieci zawrzało
Wpis dziennikarza wywołał lawinę komentarzy. Internauci nie kryli współczucia, ale dominowały głosy przerażenia amerykańską rzeczywistością. "Trzymajcie się! Co za chory kraj", "To niewyobrażalne, co musicie przeżywać. Dostęp do broni w USA to szaleństwo" – pisali użytkownicy. Wiele osób podkreślało, że słowa Wrony o "zwariowanej Ameryce" trafiają w sedno problemu, gdzie poczucie bezpieczeństwa w szkołach i na uczelniach stało się luksusem.