Tragiczny wypadek Katarzyny Stoparczyk wstrząsnął całą Polską, ale dopiero teraz na jaw wychodzą kulisy dramatycznej akcji ratunkowej. Strażacy, którzy jako pierwsi dotarli na miejsce, przerywają milczenie i ujawniają, jakie decyzje musieli podjąć w walce o każdą sekundę życia popularnej dziennikarki. To, co działo się na drodze ekspresowej S19, to opowieść o heroizmie w cieniu niewyobrażalnej tragedii.
Strażacy ujawniają, co działo się na miejscu wypadku Katarzyny Stoparczyk
Gdy pierwszy wóz strażacki zajechał na miejsce wypadku na S19, ratowników uderzyła ściana dymu i ostry zapach rozlanych płynów. Dwa kompletnie zniszczone samochody marki Skoda wyglądały jak zgniecione puszki. W jednym z nich, wbitym w tył drugiego, uwięzieni byli ludzie. To był ten moment, w którym szkolenia i procedury musiały ustąpić miejsca walce z czasem.
Wkrótce miało się okazać, że na tylnej kanapie jednego z aut podróżowała dziennikarka Katarzyna Stoparczyk. W tamtej chwili była jednak po prostu jedną z ofiar, o której życie rozpoczynał się desperacki wyścig. Chaos na miejscu zdarzenia wymagał natychmiastowego działania i oceny sytuacji, od której zależało wszystko.

"Liczyła się każda sekunda". Ratownicy walczyli o życie dziennikarki
Dowódca akcji musiał w ułamku sekundy podjąć kluczowe decyzje. Jedna ekipa zajęła się zabezpieczeniem rozbitych pojazdów, odcinając zasilanie, by zapobiec pożarowi. W tym samym czasie druga, uzbrojona w ciężki sprzęt hydrauliczny, rozpoczęła operację uwalniania poszkodowanych. To nie była prosta praca – stalowe szczęki z ogłuszającym zgrzytem wgryzały się w pogiętą karoserię, a każdy centymetr odciętego metalu odsłaniał skalę obrażeń uwięzionych w środku ludzi.
Cała operacja była prowadzona pod ogromną presją, gdzie każdy ruch musiał być precyzyjny, aby nie pogorszyć stanu zakleszczonych ofiar. Jeden z kierowców był w tak ciężkim stanie, że na miejsce wezwano śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Akcja ratunkowa Stoparczyk toczyła się na wielu frontach jednocześnie.
Gdyby nie oni, mogłoby dojść do najgorszego. Kluczowe momenty akcji ratunkowej
Każdy ruch strażaków miał znaczenie. Precyzyjne wycięcie drzwi i dachu wraku nie było pokazem siły, a skalkulowanym działaniem, które pozwoliło ratownikom medycznym dotrzeć do najciężej rannych. Gdyby nie stabilizacja pojazdu, każda próba uwolnienia ofiar mogłaby spowodować dalsze urazy. To właśnie te, podejmowane pod ogromną presją, dramatyczne decyzje strażaków otworzyły wąskie okno czasowe, w którym walka o życie poszkodowanych, w tym Katarzyny Stoparczyk, była w ogóle możliwa.
Cisi bohaterowie. "To nasza praca" mówią skromnie strażacy
Kiedy ostatnia karetka odjechała z miejsca wypadku, a na S19 zapadła złowroga cisza, dla nich praca wcale się nie skończyła. Zabezpieczenie dowodów, sprzątanie resztek wraków – to prozaiczny, ale konieczny finał każdego takiego dramatu. Pytani o heroizm, odpowiadają wzruszeniem ramion: „To nasza praca”. W tym czasie na miejscu pojawili się już policyjni technicy i prokurator, rozpoczynając żmudne śledztwo mające wyjaśnić, jak doszło do tragedii. To oni ustalą, kto zawinił, ale to strażacy byli tymi, którzy weszli w sam środek piekła, by ratować z niego ludzi.
Prokuratura Rejonowa w Nisku wszczęła śledztwo w sprawie tragicznego wypadku w Jeżowe. Choć na pełne wyniki trzeba będzie poczekać, śledczy mają już pierwsze ustalenia.
Z dotychczasowych ustaleń wynika, że uczestniczyły w nim dwa pojazdy marki Skoda, jeden z nich jechał z niewielką prędkością, został uderzony w tył przez pojazd jadący w tym samym kierunku. Niestety na skutek tego zdarzenia doszło do śmierci dwóch pasażerów, trzy osoby są ranne.
Dopiero po zebraniu całego materiału będziemy mogli rozstrzygnąć, czy, a jeśli tak, to kto, jest sprawcą tego wypadku, kto do niego się przyczynił. Mamy już informacje na ten temat od biegłego, ale są one wstępne.