Joanna Racewicz: Paweł Janeczek poleciał do Smoleńska, bo zamienił się z kolegą, by być na urodzinach syna

Joanna Racewicz: Paweł Janeczek poleciał do Smoleńska, bo zamienił się z kolegą, by być na urodzinach syna

Joanna Racewicz: Paweł Janeczek poleciał do Smoleńska, bo zamienił się z kolegą, by być na urodzinach syna

instagram.com/joannaracewicz

To miała być miłość jak z bajki, która potrwa wiecznie. I była. Aż do jednego telefonu i jednej decyzji, która na zawsze złamała życie Joanny Racewicz. Dziennikarka po latach ujawniła tragiczną prawdę o tym, dlaczego jej mąż, Paweł Janeczek, znalazł się na pokładzie samolotu do Smoleńska. Ta historia rozrywa serce.

Reklama

Jedna zamiana, która kosztowała go życie

Najbardziej w tej historii boli okrutna ironia losu. Porucznik Paweł Janeczek, oficer Biura Ochrony Rządu (BOR) i zaufany człowiek prezydenta Lecha Kaczyńskiego, wcale nie miał lecieć do Smoleńska. To nie był jego dyżur. Czekał go wylot do Nowego Jorku. Zdecydował się jednak na zamianę z kolegą. Powód? Miłość. Czysta, ojcowska miłość do syna.

Joanna Racewicz doskonale pamięta rozmowę, która przypieczętowała jego los. "Co wybrać, Joasiu?" – zapytał. Jej odpowiedź była prosta: "A chcesz być, kochanie, na urodzinach syna?". "No pewnie!" – usłyszała. "To bierz Smoleńsk". Chciał być w domu na drugich urodzinach małego Igora. Ten jeden, krótki lot miał mu to umożliwić.

Reklama

To nie była jego kolej. Miał dwa tygodnie później lecieć do Nowego Jorku z prezydentem, ale zamienił się z kolegą, bo chciał być na urodzinach syna. (...) Kilka dni później ten kolega, z którym się zamienił, niósł na ramieniu jego trumnę, płacząc jak bóbr.

Ta jedna, podyktowana ojcowską miłością decyzja, stała się początkiem końca. Początkiem tragedii, z której skutkami Joanna Racewicz i jej syn mierzą się do dziś.

Paweł Janeczek z synem Igorem na barana instagram.com/joannaracewicz

Reklama

"Nic się nie martw, damy radę. Zawsze lądujemy"

Ich historia miłości, jak na ironię, również zaczęła się w powietrzu. Poznali się w 2002 roku na pokładzie rządowego samolotu. Ona – znana dziennikarka. On – oficer BOR, nazywany przez przyjaciół "Janosikiem". Lot był wyjątkowo trudny, maszyna wpadała w potężne turbulencje. To właśnie wtedy usłyszała jego spokojny, opanowany głos.

Reklama

Najlepiej pamiętam spokojny głos Pawła i jego zapewnienia: "Nic się nie martw, damy radę. Zawsze lądujemy".

Mąż Joanny Racewicz był jednym z najlepszych w swoim fachu. Jako oficer BOR chronił najważniejsze osoby w państwie, w tym papieża Jana Pawła II, prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego oraz premierów Leszka Millera i Marka Belkę. Był perfekcjonistą, a prezydent Lech Kaczyński, którego darzył ogromnym szacunkiem, mówił do niego pieszczotliwie "Panie Janosiku".

Reklama

Te słowa, które wtedy przyniosły ukojenie, po latach nabrały rozdzierającego serce znaczenia. Para pobrała się we wrześniu 2004 roku. Cztery lata później, w 2008 roku, na świat przyszedł ich ukochany syn, Igor Janeczek. Przez sześć lat tworzyli szczęśliwy dom. Aż do jednego lotu, który nie zakończył się lądowaniem.

Reklama

Joanna Racewicz z synem Igorem zdjęcie archiwalne instagram.com/joannaracewicz

Świat runął w sekundę. "Spałam z jego koszulą, która wciąż pachniała"

Poranek 10 kwietnia 2010 roku dla Joanny Racewicz wyglądał jak każdy inny dzień pracy. Przygotowywała się do wejścia na antenę w "Dzień Dobry TVN". Nagle w redakcji zapanował chaos. "Boże, słuchajcie, możemy nie mieć prezydenta" – usłyszała. Zaczęła dzwonić do męża. Jego telefon milczał.

Później wszystko potoczyło się błyskawicznie. Powrót do domu, włączony telewizor i ten moment, gdy Beata Tadla na antenie TVN24 odczytała listę ofiar. I padło to nazwisko: "Paweł Janeczek". Świat, który znała, przestał istnieć. Jej osobista żałoba toczyła się na oczach całej Polski.

Codziennie z nim rozmawiam. Patrzę na jego zdjęcia wiszące w domu. Czasem wkładam koszulę Pawła. Zwłaszcza jedną, specjalnie niepraną, która ciągle nim pachnie. Wychodząc w sobotę do pracy, rzucił ją przy pralce. Na początku byłam na niego zła. Teraz z nią śpię.

To była walka o przetrwanie dla syna, który został jej jedynym powodem, by wstać z łóżka. Dziennikarka otwarcie przyznała, że bez farmakologii i terapii nie dałaby rady. "Zaczęła się terapia, zaczęło się branie leków. Bo bez farmakologii może ktoś potrafi wyrwać się z tego dołu, z tego koszmaru, w którym boli do granic możliwości ciało i dusza, ale ja nie potrafiłam" – wyznała w jednym z wywiadów.

Walka o pamięć w cieniu polityki

Jej żałoba nigdy nie była w pełni prywatna. Gdy w 2018 roku prokuratura zarządziła ekshumacje ciał ofiar katastrofy smoleńskiej, Joanna Racewicz publicznie i stanowczo się temu sprzeciwiła. Wiedziała, że zrobiła wszystko, by zidentyfikować i godnie pożegnać męża.

Jeśli ktokolwiek myśli, że w trumnie kapitana Pawła Janeczka jest czyjaś ręka, noga, czy niedopałek papierosa, to się myli. Byłam z Pawłem do samego końca, do zalutowania metalowego wieka i zabicia gwoździami drewnianej skrzyni.

Nie bała się także zabrać głosu, gdy jej osobista tragedia stała się paliwem politycznym. Kiedy Jarosław Kaczyński ogłosił, że "nie ma wątpliwości, że to był zamach", zwróciła się do niego w poruszającym wpisie, stając w obronie spokoju swojego syna i godności pamięci męża.

Naprawdę "nie mamy wątpliwości, że to był zamach"? Ma pan odwagę, panie prezesie, powiedzieć to w oczy mojemu synowi? Wyryć adnotację na grobie jego taty?

Syn to jego lustrzane odbicie. "Patrząc w jego oczy, widzę Pawła"

Dziś, po ponad 15 latach od tragedii, pamięć o Pawle Janeczku jest wciąż żywa. Jej strażniczką jest Joanna Racewicz, która dba, by Igor Janeczek znał swojego tatę nie tylko ze zdjęć. Chłopiec miał zaledwie dwa lata, gdy wydarzyła się katastrofa smoleńska, ale w jego domu ojciec jest obecny każdego dnia.

Tata jak legenda. Bajka na dobranoc, mit, wspomnienie. Odległy, jak opowieść z dawnej epoki. Z innego życia, poprzedniego Rubikonu. Pomnik trwalszy, niż ze spiżu. Idealny.

Dziennikarka w poruszających wpisach w mediach społecznościowych podkreśla, jak bardzo syn jest podobny do ojca – nie tylko z wyglądu, ale i z charakteru. To właśnie w nim odnajduje ukojenie i cząstkę ukochanego męża.

Kolejny rok, jeszcze jeden znicz. Tyle ważnych słów, żal każdego, które nie zdążyło paść. (...) Chcę dziękować, że byłeś. I że wciąż mogę patrzeć w Twoje oczy – patrząc w oczy Igora.

Ich wspólne posty, często podpisywane "J. i I.", kończą się zawsze tymi samymi słowami, które są najpiękniejszym dowodem na to, że prawdziwa miłość nie umiera nigdy. "Kochamy. Tęsknimy. Na zawsze.".

Joanna Racewicz oburzona tym, że Antoni Macierewicz wydał 81,5 mln na podkomisję smoleńską. Zamieściła pamiątkowe zdjęcia
Źródło: instagram.com/joannaracewicz
Reklama
Reklama