Bohdan Łazuka to artysta, który swoją energią i charyzmą podbił nie tylko polską scenę, ale i kawałek świata. Choć los rzucał go w najdalsze zakątki globu, od Stanów Zjednoczonych po Nową Zelandię, to właśnie w ojczyźnie czuje się najlepiej i zawsze do niej wracał. Mało kto wie, że zdarzyło mu się kiedyś zastąpić Franka Sinatrę.
Bohdan Łazuka był rozchwytywany
Bohdan Łazuka swoją międzynarodową przygodę rozpoczął już w latach 60. Wyjechał do USA na zaledwie kilka tygodni, a wrócił z niezapomnianymi wspomnieniami i – jak na tamte czasy – pokaźnym zarobkiem. Jak sam opowiadał, gdy po raz pierwszy zobaczył nocny Manhattan, nie mógł oderwać wzroku od morza świateł i wieżowców. W Nowym Jorku życie toczyło się non stop – szkoda było czasu na sen.
Popularność zdobyta w Polsce otworzyła mu drzwi do wielu scen – odwiedzał m.in. Anglię, Francję, Japonię, RPA czy Kanadę. Jego grafik był tak napięty, że zdarzało się, iż dosłownie przepakowywał się na lotnisku i ruszał w kolejną trasę, nie zaglądając nawet do domu.
Od zawsze za bardzo kocham życie i zbyt często daję się mu porwać.
- czytamy tłumaczenie gwiazdy na portalu Zlotascena.pl

Bohdan Łazuka w zastępstwie za Franka Sinatrę
Jedno z bardziej zaskakujących wydarzeń spotkało go w Cleveland, gdzie gościł u burmistrza – Słowaka z pochodzenia. Podczas pewnej imprezy miał wystąpić sam Frank Sinatra, jednak gwiazdor był w tak imprezowej formie, że nie był w stanie zaśpiewać. Ktoś zażartował, że może artysta z Polski go zastąpi. I tak Bohdan Łazuka, bez większego zastanowienia, stanął przed publicznością i wykonał klasyczną piosenkę „Bo to się zwykle tak zaczyna”. Owacje były tak entuzjastyczne, że później otrzymał od Sinatry pamiątkową fotografię z dedykacją: “To Bohdan Łazuka. All the best.”
Choć wiele razy namawiano go, by został za granicą, zawsze wybierał powrót do Polski. Wśród miejsc, które szczególnie wspomina, jest chicagowski Cardinal Club – lokal prowadzony przez wybitnego jazzmana Włodzimierza Wandera. To tam spotykała się śmietanka polskiej sceny emigracyjnej.
Wspominał także o występach w ZSRR – dwóch koncertach, które wystarczyły, by kupić nowiutkiego Renault 12. Mimo że świat stał przed nim otworem, to nigdzie nie czuł się tak dobrze jak w kraju, do którego zawsze wracał z sercem pełnym wspomnień.