Quantcast
  • Gość odsłony: 11184

    Historia pewnej mamy adopcyjnej

    To jest historia moje znajomej mamy adopcyjnej ......
    --------------------------------------------------------------------------------

    Po kilku latach nieskutecznego leczenia podjęliśmy decyzję o adopcji. zgłosiliśmy się do OA w .. na początku maja r.
    Ekspresem zgromadziliśmy dokumenty, tydzień później mieliśmy odwiedzinki w domu i praktycznie zaczeliśmy spotkania indywidualne z częstotliwością - 2 w tygodniu.
    2 czerwca przed 8.00 dostaliśmy telefon ze szpitala .., że właśnie urodziła się dziewczynka i matka jest zdecydowana ją zostawić w szpitalu. za namową lekarza ekspresem udaliśmy się do tego szpitala . Tam p. ordynator podała nam dowód osob. dziewczyny z prośbą o skserowanie, ponieważ chciała ona jeszcze w tym dniu opuścić szpital.
    nie mieliśmy zielonego pojęcia jak do tej sprawy się zabrać. to wszystko tak szybko się działo.
    wspomnę jeszcze, że wcześniej podczas spotkań w ośrodku pytaliśmy czy mogą pomóc przy zrzeczeniu blankietowym jeśli my wskażemy dziecko. Nasz OA wykluczył taką możliwość, przestrzegając nas i nastawiając, że takie działanie może być obarczone ryzykiem kontaktu z matką (perspektywa nachodzenia przez całe życie), a poza tym matka ma 6 tyg. na podjęcie ostatecznej decyzji. co za tym idzie - może się rozmyślić, a wtedy ból kontaktujących się z dzieckiem niedoszłych rodziców adopcyjnych .jest nie opisywalny. Szczerze mówiąc takie tłumaczenie wydawało się być jak najbardziej logiczne.
    Dlatego też, póki nie byłam pewna, że będę mogła adoptować to dziecko nie widziałam go.
    ale mój mąż tak. w dniu jej urodzin.
    nie mieliśmy pojęcia co robić, o adopcji ze wskazaniem nic nie słyszeliśmy - jedyny pomysł jaki nam się nasunął to próbować dyskutować w OA .
    Tak też zrobiliśmy. poinformowaliśmy ośrodek o narodzinach dziecka, o naszej chęci adopcji i ku naszemu olbrzymiemu zaskoczeniu dyrektor tegoż OA w drodze wyjątku zadeklarował pomoc,.ale cały czas uprzedzał, że matka ma 6 tygodni.
    spakowaliśmy tegoż urzędnika do samochodu wraz z pracownikiem socjalnym i zawieźliśmy do szpitala by mogli porozmawiać z matką biologiczną.
    oczywiście zadeklarowaliśmy wszelaką pomoc dla dziecka - do OA dostarczaliśmy pieluchy, mleko, ubranka, pokrywaliśmy koszty badań i szczepień, wizyt lekarza - na podstawie przedstawianych nam rachunków.
    Wiedzieliśmy, że mała umieszczona jest w pogotowiu rodzinnym, że matka nie kontaktuje sie i pewnie nie zmieni zdania.
    strasznie dłużył nam sie ten czas - 43 dni. w ich trakcie dokończyliśmy szkolenia w OA W …. ..,uzyskaliśmy kwalifikację ,przekazaliśmy dokumenty do OA w G …i kupiliśmy wszystkie niezbędne rzeczy potrzebne dziecku.
    kiedy nastał ten magiczny dzień byłam cała w skowronkach, jakież było moje zaskoczenie kiedy p.dyrektor oznajmił, że matka nie zgłosiła się do sądu a oni nie mają prawa jej do niczego zmuszać i musimy czekać.
    tydzień, dwa, trzy, cztery - zero ruchu ze strony matki czy OA. Paranoja! a dziecko niech czeka, jaka to różnica - miesiąc czy dwa.
    postanowiliśmy działać.
    znając dane matki - wysłaliśmy list z prośbą o kontakt - i nasz numer komórki.
    Maria zadzwoniła, całą noc rozmawiałyśmy. ona badała nas a my ją. prosiłam ją by poszła do sądu jeśli chce naprawdę oddać małą. Poznałam całą historię jej życia a ona moją, nie widziałam jej na oczy, nie widziałam dziecka a czułam, że nas coś łączy. tego nie da się opisać.
    te nasze telefoniczne rozmowy trwały jeszcze 2 dni. Maria kazała mi obiecać, że jak podpisze papiery to mała trafi na pewno do nas - przyrzekłam jej.
    trzeba ty też wspomnieć, że nie miała żadnej pomocy od OA. nie wiedziała nawet gdzie jest mała.
    19sierpnia o 11.00 dostałam sms: "Anna Maria - takie Waszej córce dałam imiona, przytul ją mocno".

    Poinformowaliśmy OA, że matka podpisała dokumenty w sądzie, na pytania skąd o tym wiemy odpowiedzieliśmy ., że znamy parę osób w sądzie rodzinnym w ….
    Ponieważ mąż akurat miał szkolenie w pracy sama pojechałam do ośrodka by wiedzieć jak mamy dalej postępować.
    Dyrektor potwierdził, że faktycznie matka była w sądzie, teraz jako ośrodek muszą zwołać komisję by zakwalifikować rodzinę.
    oczywiście zdumiona zapytałam dlaczego - na to usłyszałam odpowiedź, że taka jest procedura ale "jego głos jest decydujący - on jako dyrektor decyduje o doborze rodziny". w tych słowach zawarł całą prawdę, tyle, że ja go nie zrozumiałam. podziękowałam pięknie, myśląc, że mamy w nim wsparcie i powiedziałam, że zadzwonię koło 17.00 - wtedy miało zakończyć się to zebranie - by umówić się na pierwsze spotkanie z maleństwem.
    tak też zrobiłam, jakież było moje zdziwienie gdy usłyszałam że jednak zostala wyznaczona inna rodzina, że pewne okoliczności przemówiły na korzyść innej pary.
    i w tym momencie dotarło do mnie - zrozumiałam sens jego słów, zrozumiałam jak można wpłynąć na jego decyzję - całe moje jak najlepsze zdanie na temat tych ludzi, wiara w sens ich pracy szlak trafił.
    ale ja szybko się nie poddaje. kontakt z prawnikiem - co można zrobić, dowiadujemy się o możliwości adopcjji ze wskazaniem, kontaktujemy się z Marią - obiecuje pomóc.
    ale jest już 18.00 - sąd nieczynny. umawiamy się z Marią o 7.00 następnego dnia. o 7.30(tak otwierają OA) odbieramy nasze dokumenty i pędem z osrodka do innego miasta do Sądu.
    Maria anuluje podpisane wcześniej zrzeczenie, piszemy wnioski o adopcje ze wskazaniem i składamy na dzienniku podawczym. następnie po konsultacji z sędziną (super babka) piszemy prośbę o tymczasową pieczę. to wszystko rozgrywa się bardzo szybko, zanim stworzyliśmy to drugie pismo podchodzi do nas sędzina i mówi, że mamy duże szczęście. gdybyśmy spóźnili sie 5 minut - byłoby po sprawie, bo wpłynął wniosek z OA a Maria przecież podpisała wcześniej blankiet.
    5 minut. cud.
    od razu dostaliśmy zgodę na preadopcję, łącznie z pismem wystosowanym do OA o przekazanie dziecka.
    w trójkę udaliśmy się spowrotem do OA - jednak w ośrodku adopcyjnym usłyszeliśmy tylko, że jak zaczeliśmy załatwiać wszystko sami to napewno świetnie damy sobie radę bez ich udziału,
    adres, gdzie przebywa Ania otrzymaliśmy dopiero w PCPR.
    Jedziemy. ja szczęśliwa i jednocześnie pełna obawy, że Maria jak zobaczy Anię to zmieni zdanie. jednocześnie świadomość mojej nieopisanej radości że zaraz zobacze moja córkę, że zaraz będę mogla ją przytulić - a z drugiej strony świadomość tragedii i bólu Marii.
    nigdy nie zapomnę tej chwili. i wiesz co, w pierwszym momencie patrzyłam na reakcję matki biologicznej - cholernie się jej bałam.
    niestety to nie koniec - rodzina opiekująca się małą nie może nam jej oddać bez pisemnej zgody MOPS.
    Powrotem, wyprawa do innego miasta do AO, kolejne biurokratyczne schody - MOPS nie wyda zgody bez odpowiedniego pisma z sądu. na wycieczkę do sądu w innym miescie brakuje czasu - telefon, nasza kochana sędzina wydaje wymagany papier i przesyła faksem. oryginał wysłany jest pocztą. Opornie ale w końcu dostajemy zgodę. wracamy po nasz Skarb,.
    już w czwórkę odwozimy Marię do domu, przy okazji poznajemy rodzeństwo Ani ,
    jeszcze trochę rozmawiamy i w drogę do domku.
    I czekanie na sprawę adopcyjną - cholerny strach, chociaż wtedy już nikomu nie oddałabym mojej córki. zwiałabym z nią na koniec świata.
    12 grudnia - Ania jest nasza!
    na szczęście wszystko dobrze się skończyło, Maria miała jeszcze co prawda sprawę o porzucenie dziecka i pokrycie kosztów pobytu małej w pogotowiu - ale wszystko Sąd umorzył.
    5 minut zadecydowało o losach tylu osób. Szczęście? Przeznaczenie?
    teraz to nieistotne, sporo przeszliśmy ale dziękuję Bogu za to. Ból, cierpienie - ponoć z tego rodzą się największe miłości i przyjaźnie. i faktycznie tak jest.
    Często słyszę, ale czy to, że mamy kontakt z matką biologiczną jest dobre dla Ani ? nie wiem, bo i skąd.
    ale zadaje sobie pytanie czy "podwójna porcja macierzyńskiej miłości" może zaszkodzić? Ania nie ma w swoim życiu tego "Pustego" rozdziału. w każdej chwili gdy tylko poczuje potrzebę poznania swoich korzeni będzie miała tą możliwość.
    dla mnie matki adopcyjnej to na pewno będzie trudne, ale tu nie chodzi o mnie, tu chodzi o dziecko. jestem po to by być i ją wspierać, moim zadaniem jest dawać jej poczucie, że jest potrzebna, ważna i kochana bo tylko wtedy wyrośnie na pewną siebie, szczęśliwą kobietę.

    Odpowiedzi (10)
    Ostatnia odpowiedź: 2013-05-11, 15:55:06
Odpowiedz na pytanie
Zamknij Dodaj odpowiedź
naama 2013-05-11 o godz. 15:55
0

Skur.... ten od kwalifikacji chciał łapkówkę. W tym roku najwięcej skarg do ministerstw wpłynęlo własnie na sądy. Co za burdel na kółkach....

Odpowiedz
Aśka 2010-03-31 o godz. 16:31
0

Wzruszajaca historia i ciesze sie ze udalo wam sie pokonac schody biurokracji i ze macie corcie przy sobie :)

Odpowiedz
Gość 2010-02-23 o godz. 13:29
0

Zaskoczę Was ale i ja bardzo powaznie myslę o adopcji. Od tygodnia jeżdzę do domu dziecka zobaczyc te samotne dzieciaczki, przytulic czy powiedziec dobre słowo. Moja Maja jest jeszcze malutka i potrzebuje duzo mojego ciepła i opieki ale bardzo chcialabym zaadoptowac dziecko. jednak moj mąz nie jest za tym i tłumaczy sie się tym ,że możemy mieć jeszcze własne dziecko i chce za kilka lat, ja też ale jednak nie moge przestac mysleć o adopcji. dzwonie pokryjomu do domu małego dziecka rozmawiam z psychologami i............ wciąz oraz bardziej chcę ! chyba chec pomocy,chyba bo jak to okreslić?

Odpowiedz
Gość 2009-05-01 o godz. 04:53
0

odpowiedz p dyrektor ośrodka adopcyjnego .....na innym forum
"Szanowna Pani, nawet jeżelid ziecko urodziło się w szpitalu w Waszym mieście, to wcale nie oznacza, ze oao nic o tym nie wie. OAO mają obowiązek zakwalfikowac dziecko do adopcji a po drodze wyajśnić jego sytuację prawną (bo wcale od razu nie wiadomo czy jakakolwiek adopcja jest mozliwa). Radzę skontaktowac się z tym oao, ktory zasjmuje się sprawami dzieci z Waszego terenu, zrobić kwalfikację. Bez kwalfikacji ani oao ani sąd nawet nie będzie z Wami rozmawiał. Można zglosić uczciwie w oao, że wiecie o takim dziecku, więc może akurat...Takich sytuacji jest sporo, ponieważ nie w akżdym powiecie jest oao - zazwyczaj też lepiej jest, zwłaszcza jeżeli jest to małe miasto - aby dzidziuś został adoptowany dalej. Po co matka biologiczna ma "wyglądać zza rogu" i obserwowac Was - a tak najprawdopodobniej będzie. To jest minus takich bliskich adocji. Pozdrawiam serdecznie, D.Dominik"

szczegolnie koncowka postu mnie poruszyła[choć to nie pierwszy post pisamy przez te p z tak wielkim szacunkiem dla matek biologicznych] , słowa płynące z instytucji ktora pomaga tez matką biologicznym ??? :o ...z drugiej strony na tym samym forum , akcja z życia do życia , żeby kobiety nie dokonywały aborcji ,czyli matka ma tak kochać to poczęte dziecko żeby je chciec urodzić , a potem już tak nie kochać , żeby mieć gdzies co się z dzieckiem bedzie działo i jakich będzie miało rodzicow, gdzie miejsce na uczucia .....przecież istnieje adopcja ze wskazaniem ? tylko niestety nie znalazłam [ja i te wszystkie matki ktore są w naszej grupie wsparcia] żadnego osrodka ktory pomaga w takich adopcjach .... dziwny jest ten swiat ...

Odpowiedz
Gość 2009-04-24 o godz. 00:09
0

Tak sobie myślę że nasz kraj to kraj cudow , szkoda tylko że mało pozytywnych .. ....
nie wiem dlaczego tak się dzieje , ale przeciez troche dobrej woli i indywidualne podejscie do każdego przypadku , to nie byłoby coś czgo nie da sie zrobić , pytanie tylko czy ktoś chce ???

pozdrawiam M

Odpowiedz
Reklama
Gość 2009-04-12 o godz. 23:48
0

Wzruszająca historia

Odpowiedz
Gość 2009-03-18 o godz. 23:14
0

O Boże dziewczyny popłakałam sie.Doskonale rozumie te kobiety. Bo sama to przeżyłam.Ale jakie to szczęście jak juz sie uda zdobyc taka mała istotkę. :D Ktos kto tego nie przeżył to nigdy nie zrozumie :(

Odpowiedz
Nelly 2009-03-15 o godz. 16:33
0

no i taka jest polityka niektorych osrodkow niestety ciesze sie ze ten temat zostal poruszony. ciesze sie ze sie udalo. W ostatniej chwili
tez nie odwiedzam domow dziecka ale mysle o tym zeby w przyszlosci adoptowac dziecko.

Odpowiedz
xena_music 2009-03-14 o godz. 13:58
0

sorry, poryczałam sie.....
nie rozumiem tej cholernej polityki..ludzie nie mogą miec dzieci..starają się przygarnąć jakąs istotkę zapewniajac jej lepszy start a tu jeszcze takie utrudnienia....
paranoja......
ja nie chodzę osobiście do domów dziecka, kiedyś chciałam taki dom odwiedzić, ale tym bardziej odkąd jestem mamą jestam za wrażliwa na los dzieciaczków i boję się że potem bym to odchorowała.....wole przekazać paczke czy co, ale nie wchodzic....

Odpowiedz
Gość 2009-03-13 o godz. 23:17
0

http://www.nasz-bocian.pl/modules.php?name=Forums&file=viewtopic&p=78875&highlight=robin#78875

a to moja historia, o mały włos własnie tak by się zakończyła .

Maryla

Odpowiedz
Odpowiedz na pytanie